Riwierę, Baleary, Cyklady i Dalmację mam już w tej serii za sobą — ale północna Sardynia była dziurą na mapie, której nie wybaczałbym sobie zbyt długo. O wodzie wokół Costa Smeralda i Archipelagu La Maddalena inni piszą „karaibska", a ja w końcu sam chciałem sprawdzić, czy to prawda. Wsiadłem w Olbii na SEA DIAMOND — zupełnie nowego Ferretti 780 z 2025 roku, 24 metry włoskiej roboty: osiem koi w czterech kabinach, czteroosobowa załoga z włoskim kapitanem, kucharzem i stewardesą, i kadłub ze stabilizatorami, który trzyma stół na rufie równo nawet przy lekkiej fali. Spisałem ten tydzień dzień po dniu — bo północna Sardynia to inny rodzaj luksusu niż wszystko, co pokazywałem do tej pory: tu nie chodzi o port, w którym Cię widać, tylko o zatokę, w której woda ma kolor, w jaki trudno uwierzyć.
Dzień 1 Olbia i pierwszy wieczór w Porto Cervo
Weszliśmy na pokład późnym popołudniem w Olbii — bramie do Gallury i całej Costa Smeralda. Nie chciałem zaczynać od zgiełku, ale Porto Cervo pierwszego wieczoru trzeba zobaczyć: to serce tego wybrzeża, marina, którą w latach 60. wymyślił od zera książę Aga Khan, gdy kupił kawałek dzikiego wybrzeża i postanowił zrobić z niego najbardziej ekskluzywny zakątek Śródziemnomorza. Godzina spokojnego przejścia na północ i staliśmy w jednej z najsłynniejszych marin świata. Pierwszy wieczór wyglądał tak, jak wyglądać powinien: rufa, kieliszek Aperol Spritz i widok na Piazzettę, która po zmroku zapala się jak mała scena. Kucharz podał pierwszą świeżą rybę — dentka z rusztu, oliwa, kieliszek schłodzonego Vermentino di Gallura, miejscowego białego, które smakuje tu, jakby zrobiono je pod tę wodę. Telefon sam ucichł.
Dzień 2 Świt i zatoki Costa Smeralda
Wstałem o świcie — to mój ulubiony moment dnia na wodzie. Wszedłem na flybridge z kawą, pod twardym dachem hardtopu, i po prostu patrzyłem, jak słońce wstaje nad granitowymi wzgórzami Gallury. Morze było jak tafla jeziora, ani jednej zmarszczki, tylko różowiejące niebo i zapach makii znad lądu. Ten bezgraniczny spokój, zanim wybrzeże się obudzi — po to się tu przypływa.
Dzień spędziliśmy tak, jak Costa Smeralda została pomyślana: przeskakując między zatokami. Najpierw kotwica pod Cala di Volpe, potem długie popołudnie przy Liscia Ruja — szerokiej, jasnej plaży, gdzie woda jest tak przejrzysta, że cień jachtu kładł się na piaszczystym dnie kilka metrów niżej. Na SEA DIAMOND otwiera się cała rufa — portellone opada i robi z platformy prywatny taras tuż nad wodą. Z niego najłatwiej zrobić to, co lubię najbardziej: zsunąć się do ciepłej, lazurowej toni i po prostu w niej leżeć. Seabob został w schowku. Po co, skoro woda sama jest atrakcją.
Dzień 3 La Maddalena — woda jak z innego morza
Trzeciego dnia weszliśmy w to, po co naprawdę płynie się na północ Sardynii — w Archipelag La Maddalena, park narodowy rozsypany między Sardynią a Korsyką z kilkudziesięciu wysp i wysepek z różowo-szarego granitu. Stanęliśmy pod Spargi, w Cala Corsara, i tu zrozumiałem, skąd te wszystkie porównania do Karaibów: woda ma kolor jasnego turkusu przechodzącego w nefryt, a dno jest tak jasne, że łódka wygląda, jakby wisiała w powietrzu. Pływaliśmy godzinami, bez planu i bez zegarka. Kucharz zrobił na lunch fregolę z małżami — tę sardyńską, kulistą odmianę kuskusu, prażoną na orzechowo — i to był cały plan na dzień.
Dzień 4 Budelli, różowa plaża i dzień, w którym nic nie trzeba
Czwarty dzień zostawiliśmy zupełnie pusty — żadnej zatoki „do zaliczenia". Podeszliśmy pod Budelli, do słynnej Spiaggia Rosa — plaży, której piasek naprawdę ma różowy odcień od pokruszonych muszli i drobin koralin. Na ląd się tu nie schodzi: plaża jest pod ścisłą ochroną od lat 90. i ogląda się ją tylko z wody — i bardzo dobrze, bo właśnie dlatego wciąż jest różowa. Przeszliśmy na kotwicę przy Cala Santa Maria, materac na dziobie, długie pływanie, drzemka, książka. Wieczorem kolacja na pokładzie: spaghetti z jeżowcami i miejscowa bottarga starta na wiórki nad makaronem, a na koniec kieliszek mirto — sardyńskiego likieru z mirtu, bez którego żadna kolacja się tu nie kończy. Są gorsze sposoby na spędzenie dnia.
Dzień 5 Skok na Korsykę — Bonifacio
Piątego dnia zrobiliśmy skok, który z północnej Sardynii kusi każdego: przez Cieśninę Bonifacio na Korsykę. To raptem kilkanaście mil, ale druga strona cieśniny wygląda jak inny świat — Bonifacio stoi na białych, wapiennych klifach, które morze podcięło tak, że stare miasto zdaje się wisieć nad wodą. Weszliśmy do tego wąskiego, fiordowego portu pod cytadelą i przez chwilę nikt się nie odzywał; to jedno z tych wejść, które się pamięta. Po południu spacer po górnym mieście, kawa na murach z widokiem na cieśninę i — obowiązkowo — lody w drodze powrotnej, w wąskiej uliczce, w tłumie, który po prostu wyszedł się przejść. Wieczorem wróciliśmy na sardyńską stronę, na spokojną kotwicę, żeby zasnąć już w ciszy.
Costa Smeralda nie próbuje Cię oszołomić luksusem, choć mogłaby. Robi coś trudniejszego — pokazuje wodę w kolorze, którego nie zapomnisz, i sprawia, że przestajesz patrzeć na zegarek. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 6 Powrót na południe — Tavolara i „małe Tahiti"
Szósty dzień to był powrót ku Olbii, ale bez pośpiechu — i znów zagrały stabilizatory, bo na SEA DIAMOND nawet przy lekkiej fali stół na rufie stoi, jakby ktoś go przykręcił do nabrzeża. Po drodze został nam jeszcze jeden postój, którego nie chciałem odpuścić: Cala Brandinchi, zatoka, którą Włosi nazywają „małym Tahiti" — płycizna, biały piasek i woda w pięciu odcieniach błękitu naraz. Nad wszystkim wisi Tavolara, ten dramatyczny wapienny monolit, który wyrasta wprost z morza na ponad pół kilometra w górę i — co zawsze rozbawia gości — ma własną, najmniejszą monarchię świata. Ostatnia długa kąpiel tygodnia wyglądała właśnie tak.
Dzień 7 Powrót do Olbii
Ostatni dzień to mój ulubiony moment całego tygodnia. Do Olbii zostało niewiele, więc rano nie było pośpiechu — kawa na flybridge, gładka poranna woda pod dziobem, wszyscy wyraźnie ciemniejsi i wyraźnie cichsi niż na starcie. Zszedłem na ląd, już układając w głowie, którą zatokę odpuściliśmy niesłusznie. Dobry znak: znaczy, że trzeba wrócić.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
Ten konkretny jacht — SEA DIAMOND, Ferretti 780 (2025, 24 m, 8 gości w 4 kabinach, 4 osoby załogi, ze stabilizatorami i otwieranym beach clubem na rufie) — czarteruje się na śródziemnomorskich wodach od 53 000 € za tydzień poza szczytem sezonu, a w lipcu i sierpniu około 59 000 €, plus VAT według włoskiej stawki i APA mniej więcej 30%, czyli z grubsza 16 000–18 000 € na paliwo, wyżywienie, mariny i postoje. Co dokładnie kryje się w tych pozycjach, rozkładam w osobnych tekstach: czym jest APA i z czego składa się rachunek za czarter.
I rzecz, której nie wyczytasz z żadnej oferty: na Sardynii ten sam tydzień może być walką o miejsce w marinie w sierpniowym szczycie albo najspokojniejszymi wakacjami Twojego życia we wrześniu, gdy woda jest najcieplejsza, a archipelag pustoszeje. Różnicę robi termin, pozwolenia do parku La Maddalena i kapitan, który wie, pod którą wyspę schować się przed maestrale. To jest dokładnie ta część, którą biorę na siebie. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę?
SEA DIAMOND pływa po centralnym Śródziemnomorzu — latem Sardynia, poza szczytem Amalfi, Wyspy Sycylijskie i Pontyjskie. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — ułożę trasę pod Was, z załogą, która zna wody Gallury i przepisy parku na pamięć.
Zobacz ten czarter →To piąty odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu, Balearach, Cykladach i Dalmacji. W kolejnych odcinkach popłyniemy dalej — każda trasa ma swój własny rytm.