Dziennik z rejsu

Mój tydzień po Cykladach na Azimucie 85 ALADDIN SANE

Trzeci odcinek serii. Tym razem zamieniłem Riwierę na Morze Egejskie — tydzień między białymi wyspami, na pokładzie nowego Azimuta 85. Dzień po dniu, tak jak było.

Strona główna → Dziennik z rejsu: Cyklady na Azimucie 85

Riwierę i Baleary znam na pamięć — to moje codzienne biuro. Ale Cyklady za każdym razem robią mi to samo: wysiadasz z samolotu w Atenach, godzinę później stoisz na pokładzie, a świat zaczyna pachnieć solą i tymiankiem. Tym razem wsiadłem na ALADDIN SANE — Azimuta 85 z 2024 roku, 26 metrów świeżutkiej włoskiej roboty z jacuzzi na pokładzie i stabilizatorami żyroskopowymi, które na Egejskim okazują się ważniejsze niż cokolwiek innego. Osiem koi, czterech ludzi załogi, tydzień przed nami. Spisałem ten rejs dzień po dniu — bo Cyklady to zupełnie inna bajka niż Lazurowe Wybrzeże i chcę, żebyś wiedział, na co się piszesz.

Dzień 1 Ateny i przylądek Sounion

Marina Alimos → kotwica pod świątynią Posejdona

Weszliśmy na pokład późnym popołudniem w Alimos, największej marinie Grecji, i od razu odbiliśmy na południe — godzina spokojnej żeglugi i kapitan rzucił kotwicę w zatoce pod przylądkiem Sounion. Pierwszy wieczór wyglądał tak, jak pierwszy wieczór wyglądać powinien: usiedliśmy na rufie z kieliszkiem Aperol Spritz i patrzyliśmy, jak na klifie nad nami zapalają się reflektory świątyni Posejdona. Marmurowe kolumny z piątego wieku przed naszą erą, podświetlone na złoto, a pod nimi nasz jacht kołyszący się na czarnej wodzie. Kucharz podał świeżą rybę z grilla. Telefon sam ucichł.

Dzień 2 Świt i Kythnos

Sounion → Kythnos, zatoka Kolona

Wstałem o świcie — to mój ulubiony moment dnia na wodzie. Wszedłem na flybridge z kawą i po prostu patrzyłem, jak słońce powoli wstaje nad Morzem Egejskim. Morze było jak tafla jeziora, ani jednej zmarszczki, tylko sylwetka świątyni czerniejąca na tle różowego nieba. Ten bezgraniczny spokój, zanim świat się obudzi — po to się tu przypływa.

Przed południem przeszliśmy na Kythnos, do zatoki Kolona. To jedno z tych miejsc, które wyglądają jak wymyślone: wąski pas złotego piasku łączy wyspę ze skalistą wysepką, a po obu stronach masz dwie zatoki o wodzie tak przejrzystej, że kotwica rzuca cień na dno. Zakotwiczyliśmy i przez resztę dnia robiłem dokładnie to, co na takim rejsie lubię najbardziej — leżałem na wodzie i pływałem w tej ciepłej, lazurowej toni, bez planu i bez zegarka. Wieczorem kolacja na pokładzie: owoce morza i wino z Santorini, które kucharz trzymał schłodzone dokładnie tak, jak trzeba.

Dzień 3 Serifos — dzień, w którym nic nie trzeba

Kythnos → Serifos, kotwica pod Chorą

Trzeci dzień zostawiliśmy pusty — żadnego portu „do zaliczenia". Krótki poranny przelot na Serifos, kotwica w zatoce z widokiem na Chorę: białe miasteczko rozsypane po szczycie góry jak cukier. Śniadanie bez patrzenia na zegarek, długie pływanie, drzemka na materacu na dziobie, książka. Pod wieczór wjechaliśmy z portu uliczkami na górę — espresso na maleńkim placyku, gdzie koty mają pierwszeństwo, a zachód słońca obowiązuje wszystkich.

Z mojego doświadczenia jako broker: na Cykladach o udanym tygodniu decyduje jedno słowo — meltemi, czyli suchy północny wiatr, który latem potrafi wiać kilka dni z rzędu. Dobra trasa po Cykladach nie jest listą wysp, tylko planem, który kapitan układa pod prognozę: kiedy przejść, gdzie się schować, którą zatokę wybrać na nocleg. Dlatego trasę po Egejskim zawsze układam z kapitanem, który te wody zna od lat — to akurat część, którą biorę na siebie.

Dzień 4 Milos i białe skały Kleftiko

Serifos → Milos, Kleftiko → Adamas

Rano zeszliśmy na Milos — wyspę wulkaniczną, która wygląda, jakby projektował ją rzeźbiarz. Na południowo-zachodnim krańcu czeka Kleftiko: białe skalne łuki i jaskinie wyrastające prosto z morza, dawna kryjówka piratów. Stanęliśmy na kotwicy i pływaliśmy między skałami — woda ma tam kolor, którego nie umiem opisać inaczej niż „podświetlony turkus", a w jaskiniach echo niesie każdy plusk. Po południu obeszliśmy wyspę do portu Adamas, a wieczorem pojechaliśmy do Plaki na zachód słońca nad zatoką — i grecką kolację w tawernie: ośmiornica, horiatiki, cytryna, oliwa. Proste rzeczy zrobione perfekcyjnie.

Dzień 5 Sifnos — wyspa, na której się je

Milos → Sifnos, zatoka Vathi → Platis Gialos

Krótki przelot na Sifnos i lunch na kotwicy w zatoce Vathi — szerokiej, osłoniętej podkowie z białym monastyrem przy samej plaży. Sifnos to kulinarna stolica Cyklad; stąd pochodził Nikolaos Tselementes, autor pierwszej wielkiej greckiej książki kucharskiej, i tu w glinianych garnkach od pokoleń dusi się rewithadę, czyli ciecierzycę pieczoną przez całą noc. Wieczorem zeszliśmy na ląd w Platis Gialos i po prostu zaufaliśmy tawernie — koźlina w cytrynie, pieczona ciecierzyca, miejscowy ser. Wróciliśmy tendrem na jacht, kiedy nad zatoką wisiał już księżyc, a jacuzzi na pokładzie czekało podgrzane. Są gorsze zakończenia dnia.

Dzień 6 Paros i wieczór w Naoussie

Sifnos → Despotiko → Paros, Naoussa

Rano kapitan podrzucił nas pod Despotiko — bezludną wysepkę przy Antiparos, gdzie jest tylko stanowisko archeologiczne, kozy i plaża z wodą jak szkło. Ostatnie wielkie pływanie tego tygodnia, bez nikogo w zasięgu wzroku. Po południu przeszliśmy do Naoussy na Paros — i to był wieczór, który pamięta się długo. Maleńki wenecki port, łódki rybackie przycumowane burta w burtę, stoliki tawern ustawione tak blisko wody, że ośmiornice suszą się nad głowami gości. Spacer uliczkami białymi jak mąka, kieliszek wina przy starym fortcie, gwar, który nie męczy. Cyklady w pigułce.

Cyklady nie wybaczają trasy ułożonej przy biurku. Ale ułożone z głową — dają tydzień, jakiego nie da żadna Riwiera. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco

Dzień 7 Powrót do Aten

Paros → Sounion → Ateny

Ostatni dzień to mój ulubiony moment całego tygodnia. Wracaliśmy spokojnie na północny zachód — znów kawa na flybridge, znów gładka poranna woda, wszyscy trochę opaleni i wyraźnie cichsi niż na starcie. Kapitan tak ułożył powrót, żeby po drodze zostało jeszcze jedno, ostatnie kąpielisko pod Sounion — pożegnalne zanurzenie w Egejskim, zanim za rufą pojawiły się Ateny. Zszedłem na ląd już układając w głowie, którą wyspę odpuściliśmy niesłusznie. Dobry znak: znaczy, że trzeba wrócić.

Ile to kosztuje i co warto wiedzieć

Ten konkretny jacht — Azimut 85 ALADDIN SANE (2024, 26 m, 8 gości w 5 kabinach, 4 osoby załogi, jacuzzi i stabilizatory żyroskopowe) — czarteruje się na greckich wodach za 70 000 € za tydzień w sezonie wysokim, plus APA około 30%, czyli mniej więcej 21 000 € na paliwo, wyżywienie, mariny i postoje, plus opłaty portowe i podatki. Co dokładnie kryje się w tych pozycjach, rozkładam w osobnych tekstach: czym jest APA i z czego składa się rachunek za czarter. A jeśli zastanawiasz się, czy lepsze są Cyklady, Wyspy Jońskie czy Dodekanez — napisałem o tym cały przewodnik po czarterze w Grecji.

I rzecz, której nie wyczytasz z żadnej oferty: na Egejskim ten sam tydzień może być pasmem walki z wiatrem albo najspokojniejszymi wakacjami Twojego życia. Różnicę robi kolejność wysp, godziny przejść i kapitan, który zna te wody. To jest dokładnie ta część, którą biorę na siebie.

Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę?

ALADDIN SANE pływa po greckich wyspach — Cyklady, Wyspy Jońskie, Dodekanez. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — ułożę trasę pod Was, z kapitanem, który zna Egejskie na pamięć.

Zobacz ten czarter →

To trzeci odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu i Balearach. W kolejnych zabiorę Cię między innymi na wybrzeże Amalfi — każda trasa ma swój własny rytm.