Sześć odcinków tej serii przepłynąłem na jachtach motorowych i za każdym razem ktoś pytał: a kiedy żagle? W lipcu odpowiedź sama weszła do portu w Calvi. GIGI to Sunreef 69 z 2025 roku — 21 metrów długości i, co ważniejsze, 11,35 metra szerokości, bo to szerokość robi z katamaranu pływającą willę. Zbudowana w Gdańsku, w stoczni, która ubiera w laminat połowę gwiazd futbolu i Formuły 1, w debiutanckim sezonie czarterowym. Osiem koi w czterech kabinach, czteroosobowa załoga, jacuzzi na dziobie, basen na pokładzie i panele słoneczne, dzięki którym na kotwicy nikt nie musiał słuchać generatora. Zachodnia Korsyka była do tego planu oczywistym wyborem — to najdziksze, najmniej zabudowane wybrzeże Morza Śródziemnego i jedyne w tej skali, gdzie góry schodzą do wody prosto, bez negocjacji. Bonifacio zostawiłem w spokoju, bo zahaczyłem o nie przy okazji odcinka sardyńskiego; tym razem interesowało mnie wszystko powyżej.
Dzień 1 Calvi
Weszliśmy na pokład późnym popołudniem w Calvi, pod genueńską cytadelą, która pilnuje zatoki od pięciuset lat. Załoga rozniosła bagaże po kabinach, kapitan rozłożył na stole mapę z planem tygodnia, a my zdążyliśmy jeszcze popływać przy plaży ciągnącej się cztery kilometry wzdłuż sosnowego lasu. Pierwszy wieczór wyglądał tak, jak powinien: rufa, kieliszek Aperol Spritz i cytadela zapalająca się nad portem kamień po kamieniu. Kucharz przywitał nas najprościej i najlepiej, jak można na tej wyspie — świeżymi ostrygami z zatoki Diane i grillowaną dorada z rusztu, do tego schłodzone białe vermentino z Patrimonio. Siedzieliśmy na tej rufie długo po tym, jak port ucichł.
Dzień 2 Scandola i Girolata
Wstałem o świcie — to wciąż moja ulubiona godzina na wodzie — zrobiłem sobie kawę i usiadłem z nią na górnym pokładzie: morze płaskie jak tafla jeziora, cytadela różowiejąca w pierwszym świetle, bezgraniczny spokój. Po śniadaniu zeszliśmy na południe wzdłuż wybrzeża, które z każdą milą robiło się bardziej rude i bardziej pionowe, aż weszliśmy w rezerwat Scandola — wulkaniczny kawał wybrzeża wpisany na listę UNESCO, gdzie czerwone organy skalne schodzą prosto w granatową wodę, a nad masztem krążą rybołowy. Pływać wolno tylko w wyznaczonych miejscach i dobrze, że tak jest. Na noc weszliśmy do Giroloty — wioski bez drogi dojazdowej, do której dociera się tylko od morza albo szlakiem przez maquis. Kilkanaście domów, dwie knajpki, pole boi. Zjedliśmy na pokładzie langusty, po które kapitan popłynął tendrem prosto do rybaka, i patrzyliśmy, jak w wiosce zapala się te osiem lamp, które ma do dyspozycji.
Dzień 3 Czerwone kalanki
Trzeciego dnia przepłynęliśmy przez zatokę Porto pod kalanki Piany — i to jest ten moment tygodnia, w którym wszyscy na pokładzie przestają rozmawiać. Rude, porowate iglice wysokie na trzysta metrów, wyrzeźbione przez wiatr w kształty, w których każdy widzi co innego: psa, biskupa, serce. Z drogi na klifie widzą je turyści przez trzydzieści sekund między jednym zakrętem a drugim; od strony wody ma się je dla siebie godzinami. Zakotwiczyliśmy pod Anse de Ficajola, maleńką zatoczką pod winnicami, gdzie woda ma kolor, którego nie potrafię nazwać inaczej niż lazurowy, i przez całe popołudnie robiliśmy dokładnie nic: leżeliśmy na trampolinach między kadłubami i pływaliśmy w ciepłej, przejrzystej wodzie. Seaboby przeleżały ten dzień w garażu. Ta woda nie potrzebuje żadnej pomocy, żeby być ciekawa.
Dzień 4 Dzień pod żaglami
Czwartego dnia w końcu stało się to, na co czekałem od Calvi: kapitan spojrzał na prognozę, uśmiechnął się i wyłączył silniki. Postawiliśmy żagle i przez cztery godziny schodziliśmy na południe w rytmie, którego nie zna żaden z moich poprzednich odcinków — osiem węzłów, szum wody między kadłubami i nic więcej. Na jachcie motorowym prędkość jest atrakcją; na katamaranie pod żaglami atrakcją jest cisza. Minęliśmy Cargèse z jego dwoma kościołami — greckim i łacińskim, pamiątką po greckich uchodźcach sprzed trzystu lat — i stanęliśmy na noc w szerokiej zatoce Sagone. Wieczorem jacuzzi na dziobie, potem kolacja: tuńczyk z grilla, po nim korsykański ser brocciu z figowym dżemem, o którym mój żołądek pamięta do dziś.
Dzień 5 Wyspy Krwawe i Ajaccio
Piątego dnia zeszliśmy pod Îles Sanguinaires — Wyspy Krwawe, cztery ciemnoczerwone porfirowe wysepki z latarnią, rozrzucone u wejścia do zatoki Ajaccio. Nazwa robi się oczywista o zachodzie słońca, ale my podeszliśmy rano, kiedy mieliśmy je całkowicie dla siebie, i popływaliśmy w kanale między wysepkami, nad łąkami posidonii. Po południu przycumowaliśmy w Ajaccio i zeszliśmy na ląd — na targ przy placu Foch po ser, wędliny z maquis i kanistrową oliwę, oraz na godzinę spaceru po mieście, w którym urodził się Napoleon i które nie pozwala o tym zapomnieć ani na jednym rogu. Wieczorem na pokładzie kucharz podał to, co przyniósł targ: krewetki, małże i resztę połowu dnia. Miasto za rufą grało do tego światłami.
Jacht motorowy zabiera Cię na Korsykę szybciej. Katamaran sprawia, że będąc tam, naprawdę tam jesteś — osiem węzłów, cisza i wybrzeże, które nigdzie się nie spieszy. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 6 Zatoka Valinco
Szóstego dnia zostawiliśmy miasto za rufą i zeszliśmy do zatoki Valinco, na kotwicowisko pod Campomoro — wioską z jedną plażą, jedną genueńską wieżą na cyplu i zerem powodów, żeby się gdziekolwiek spieszyć. To był nasz najcichszy dzień: długie pływanie w wodzie ciepłej jak wanna, spacer do wieży przez pachnący maquis, drzemka na trampolinie. Ostatnią dużą kolację tygodnia zjedliśmy na pokładzie, gdy słońce kładło się dokładnie na wprost rufy — homar, vermentino i toast za wyspę, która przez tydzień ani razu nie wyglądała tak samo.
Dzień 7 Powrót do Ajaccio
Ostatni dzień to zawsze mój ulubiony moment tygodnia i tym razem nie było inaczej. Do Ajaccio zostały dwie spokojne godziny, więc rano nikt się nie spieszył — kawa na górnym pokładzie, gładka poranna woda, wszyscy wyraźnie cichsi i wyraźnie ciemniejsi niż w Calvi. Zszedłem na ląd, układając w głowie listę zatok, które następnym razem dostaną po całym dniu zamiast dwóch godzin. Zwykle to znak, że wyjazd się udał.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
GIGI — Sunreef 69, 2025, 21 metrów długości i 11,35 metra szerokości, 8 gości w 4 kabinach, 4 osoby załogi, jacuzzi na dziobie, basen pokładowy, panele słoneczne, a w garażu tender Williams 505, dwa Seaboby F9, deski SUP i pełny zestaw do snorkelingu — czarteruje się za 68 000 € za tydzień w Wysokim Sezonie 2026, plus APA rzędu 30%, czyli około 20 400 € na paliwo, wyżywienie i postoje, plus opłaty portowe. Przy czym katamaran pod żaglami pali ułamek tego, co jacht motorowy tej klasy — za to w marinach płaci podwójnie za szerokość, więc rachunek końcowy zależy bardziej od stylu trasy niż od cennika. Co dokładnie kryje się w tych pozycjach, rozkładam w osobnych tekstach: czym jest APA i z czego składa się rachunek za czarter.
I rzecz, której nie wyczytasz z żadnej oferty: zachodnia Korsyka nagradza łódki, które mogą stać blisko brzegu i nie potrzebują mariny co wieczór — czyli dokładnie to, czym jest duży katamaran. Ale ta sama trasa ułożona bez znajomości stref Scandoli, pól boi w Girolacie i popołudniowego libeccio potrafi zamienić się w tydzień uciekania przed falą. Rozstrzygnięcie, jak to ułożyć dla konkretnej grupy w konkretnym tygodniu, to dokładnie ta część, którą biorę na siebie. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę?
GIGI bazuje na zachodnim Morzu Śródziemnym na sezon 2026 — Riwiera Francuska, Korsyka, Riwiera Włoska, Amalfi, Sycylia i Malta w zasięgu. Debiutancki sezon, terminy schodzą szybko. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — ułożę ten tydzień pod Was.
Zobacz ten czarter →To siódmy odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu, Balearach, Cykladach, Dalmacji, Sardynii i Wybrzeżu Amalfi. W kolejnych odcinkach popłyniemy dalej — każda trasa ma swój własny rytm.